poniedziałek, 7 maja 2018

Siedem przykazań januszowego roadtripa

Znacie ten miły uczuć, kiedy wraca się do domu po dłuższej nieobecności? W pokojach trochę pachnie kurzem, w lodówce słychać echo i w końcu można się wyspać we własnym łóżku w świeżej, pachnącej czystością pościeli? A potem cały dom pachnie proszkiem do prania, bo pierze się większe niż zazwyczaj ilości. No właśnie. Tak miałam wczoraj.

Wróciliśmy z majówki. Majówka była w zasadzie nieplanowana i spontaniczna. Nie uwzględniliśmy jej z Rudym w naszych budżetach, bo we wrześniu czeka nas daleka podróż i skupialiśmy się na tej dalszej perspektywie. No ale proszę - trzy dni urlopu i aż dziewięć wakacji, grzech nie skorzystać, tylko trzeba ciąć koszty. 

Muszę przyznać, że cięcie się udało, kminiliśmy, kminiliśmy i wykminiliśmy zestaw lifehacków na budżetowy roadtrip czyli dla niekumatych - wycieczkę, której celem jest przemieszczanie się po różnych miejscach samochodem. Teraz widzę, że dzięki lepszej organizacji i bez większych wyrzeczeń koszty mogliśmy ograniczyć jeszcze bardziej. (O błędach też będzie).

Oto przepis. Na start potrzebujecie:
  • Samochodu, kombiaka
  • Nie więcej niż dwóch (dwie, dwoje) pasażerów
  • Konto na BlaBla Carze
  • Dwie karimaty albo dmuchane materace (najlepsze są te cienkie z Decathlonu, które zwijają się do rozmiaru bochenka chleba)
W wersji "ostre cięcie" dochodzi jeszcze karta Revolut, a jak kombiak jest na gaz to już w ogóle miód malina. 



Zasady gry:

Po pierwsze, trasę ustalacie na początku. Gdzie śpicie, co chcecie zwiedzać. Nasza wyglądała tak: 



Zależało nam na północnej Francji i na Belgii. Niemcy sobie darowaliśmy. Dzięki temu, że przez Niemcy przemknęliśmy w tę i z powrotem jak strzała, zrobiliśmy kilka dłuższych odcinków, co pozwoliło nam wrzucić przejazdy na Bla Bla Cara. Średnio za odcinek braliśmy ok 100 zł, z tyłu dwa siedzenia wolne - pozwoliło nam to na zysk w wysokości dokładnie 700 zł

Za paliwo i autostrady zapłaciliśmy trochę ponad 1300 zł, więc łatwo policzyć, że BlaBla Car zwrócił nam ponad połowę kosztów! Staraliśmy się wybierać bezpłatne drogi i jeździć oszczędnie.

Po drugie - spanie
Naiwnie założyliśmy sobie, że będziemy spać na kempingach, ale nie zdawaliśmy sobie sprawy, że jedna noc na kempingu dla dwóch osób, samochodu i namiotu to wydatek rzędu ok 18 euro. Sporawo. Rozłożyliśmy więc siedzenia, napompowaliśmy materace, wyciągnęliśmy śpiwory i spaliśmy w furze, dyskretnie schowanej za krzakami na darmowym parkingu. Ten sposób się sprawdził. Stacje benzynowe przy autostradach z reguły mają (na ogół) czyste prysznice dla tirowców. Płaci się za nie 2.5-3 euro. W porównaniu z kempingiem, z którego najważniejszą korzyścią jest dla nas prysznic - 80% kwoty zostaje nam w kieszeni. Warto przed zatrzymaniem się na stacji sprawdzić opinie w Google Maps - tirowcy stworzyli tam całkiem niezły przegląd stacji. Raz zaszaleliśmy i zatrzymaliśmy się w hotelu w Calais - dzięki promocji w Booking.com, w której osoba polecająca i korzystająca z polecenia dostają 50 zł zwrotu za rezerwację, nocleg za 32 euro w pokoju z łazienką ostatecznie kosztował nas... 39 zł.

Dzięki podróżowaniu Złotą Strzałą udało się nam zaliczyć tak wspaniałe atrakcje jak widoczny na zdjęciu najwyższy szczyt Luksemburga (560 m. n. p. m.)


Po trzecie - jedzenie. 
Tu pewnie nie będzie zaskoczenia - stołowaliśmy się głównie w supermarketach. Gdybyśmy się lepiej przygotowali, wzięlibyśmy jedzenie z Polski, ale nie wyrobiliśmy się z zakupami, więc tutaj oszczędności nie było (chociaż być mogły). Mieliśmy też ze sobą kuchenkę gazową - nie chciało się nam jej używać, więc wydaliśmy fortunę na kawę na stacjach benzynowych, ale z poprzednich podróży wiem, że może drastycznie obniżyć koszty wyżywienia.

Po czwarte - inne atrakcje
Muzea w zachodniej Europie mają jakąś zmowę cenową, wszędzie koszą 10 EUR od osoby (za normalny bilet). Nie ma na to sposobu innego niż (dawno u nas dwojga nieaktualna) legitymacja studencka. Na szczęście jest prepaidowa karta Revolut, która pozwala na wymianę złotówek na euro (i inne waluty) po kursie bliskim kursowi NBP. Zamówienie jej jest zaskakująco szybkie i tanie (9 zł), karta działa doskonale. 

Po piąte - packlista
Trafiliśmy na wyjątkowo zimny maj, ale uratowały nas dwa koce, którymi się nakrywaliśmy i grube swetry. Warto o tym pamiętać i w ogóle przemyśleć packlistę - duży bagażnik może brzmieć jak zaproszenie do zabrania ze sobą wszystkiego, ale tak naprawdę im więcej rzeczy, tym dłuższe rozkładanie się i większy bajzel w samochodzie. Warto zabrać bidony - woda na stacjach może nie jest najsmaczniejsza, ale z reguły jest pitna.

Po szóste - strategia
Roadtrip jest super opcją na dotarcie do miejsc, do których inaczej by się nie dojechało. Jeździliśmy bocznymi drogami po uroczych zadupiach: prześlicznych francuskich miasteczkach daleko od szosy, gdzie starsi panowie grają w petanque w cieniu platanów, byliśmy na wapiennych klifach Cap-Blanc-Nez, mknęliśmy przez aksamitno-zielone pola Normandii, trafiliśmy do Bayeux, gdzie widzieliśmy prawie tysiącletnią tapiserię i do Mont Saint Michel, do niesamowitego klasztoru... A potem wtarabaniliśmy się do Paryża. Paryż i samochód to NIE jest dobre rozwiązanie. Parkingi są płatne wszędzie i zawsze, korki, drożyzna. Tak samo jest w większości wielkich miast. Omijajcie wielkie miasta, Paryże, Barcelony, Londyny jak jedziecie na roadrtripa, stawiajcie na zadupia:

   



















Po siódme - ogólne podejście
Chciałabym tutaj zaznaczyć, że chociaż jeździliśmy "na janusza", to jednak staraliśmy się januszować dyskretnie. Jeśli parkowaliśmy na stacjach, to na oddalonym końcu parkingu, żeby nie kłuć ludzi w oczy naszymi zaspanymi gębami. Nie parkowaliśmy i nie spaliśmy w miastach, bo to trochę przypał. Nie skakaliśmy przez bramki do kibla na niemieckich stacjach benzynowych, chociaż nie było kamer a spotkaliśmy kolesia który tak robił. Tanio nie musi (i nie powinno) oznaczać totalnej cebuli, mamy polskie blachy i nie chcemy być postrzegani jako dziadostwo Europy. 

A Wy macie jakieś lifehacki?



wtorek, 13 marca 2018

Jeden dobry powód dla którego za rok dwa razy zastanowię się nad jechaniem na Kolosy

Bukareszt.
Tak wygląda połowa marca w Europie Środkowej.
To NIE jest pogoda na outdoorowe kolejki.


Miałam ostatnio taki sen:

Jest rok 2019, jestem na Festiwalu Podróżniczym Kokosy. Festiwal odbywa się w Łodzi, albo w Warszawie, albo nawet w Radomiu, trudno, grunt, że każdy kto chce może na niego dojechać z dowolnego zakątka Polski w maks 4 godziny. Festiwal jest biletowany, bo dobra organizacja i dobre sale kosztują, ale za to każdy wie na jaki pokaz wejdzie a na jaki nie. Młode pracujące japiszony płacą więcej, emeryci i studenci mniej, a sprzedaż jest i stacjonarna i internetowa bo ważne jest też, żeby każdy obdarzony dobrym refleksem mógł wejść.

Podobno ludziom śni się to, co przeżyli przed snem, ale ja mogę poręczyć, że to nieprawda, bo mnie spotkało zgoła coś innego. Po Kolosach 2018 zostałam spytana przez moją koleżankę która prezentacja podobała mi się najbardziej, a ja mogę powiedzieć tylko, że najbardziej zapadła mi w pamięć ta najdłuższa, czyli "Plecy człowieka przede mną w kolejce do Gdynia Areny". Chociaż właściwie był to raczej dramat, w jednym ale za to bardzo długim akcie, w którym emocje osiągały niesamowite amplitudy, od Ooo, wpuszczają do O nie, tylko siedem osób. Gdyby to chociaż było jakieś Lazurowe Wybrzeże a nie Polskie Szaro Bure, to moglibyśmy sobie w tej kolejce leniwie popalać Gauloisy i oglądać dziewczęta na skuterach w typie Brigitte Bardot (dziewczęta w typie, a nie skutery), a tak to zostawało nam tylko patrzenie wzajemnie na swoje wkurwione mordy oraz na telebim, który było widać ale nie słychać. 

Nie wiem, co Wam poradzić drodzy organizatorzy Kolosów. Wiem, że przyjechałam na cały weekend, w samochodzie spędziłam razem 9 godzin, ściągnęłam do Gdyni ukochanego, siostrę i najlepszą przyjaciółkę, zarezerwowałam nienajtańszy nocleg, a wszystko po to, by oglądać plecy ludzi w kolejkach. Wiem też, że z każdym rokiem jest coraz lepiej, ale tempo wprowadzania dobrej zmiany (hehe) jest nieprzystające do tempa wzrostu ilości publiczności. Od pewnego punktu krytycznego trzeba przeformułować imprezę, po prostu. Może warto pogadać o tym jak trudną sztukę opanowania masowej publiczności ogarniają festiwale filmowe. To już nie jest slajdowisko dla 300 giewonciarzy i włóczykijów. Teraz tak naprawdę jesteśmy stawiani przed opcją "Koczowanie od 5 rano i Kolosy w Arenie", albo "Koczowanie od 7 rano i Kolosy w PPNT" i biada temu, kto ma taką fanaberię, żeby obejrzeć coś w obu miejscach. 

Z plusów: rozumiem w końcu moją mamę i prehistoryczne komunistyczne historie o siermiędze i kolejkach w mięsnym, w których jak się doszło do końca to i tak się zastawało puste haki. 



środa, 28 lutego 2018

Przez Szkocję na skuśkę - cz. 1.

Pół roku zajęło mi zebranie się do napisania tego posta, ale jest. Planowana przez nas trasa do Przylądka Gniewu zamieniła się w trasę Doliną Totalnego Wkurwu oraz pokonywaniem Przełęczy Kryzysu w Związku. 

A było to tak:

Takie widoki po drodze! Braveheart pełną gębą!


10 września


Do Fort William, lokalnego węzła wszystkich łazików dojechaliśmy, Paweł, Maciej i ja w doskonałych humorach. Co prawda mój plecak dopakowany jedzeniem, wodą i namiotem ma zamiast planowanych 10 kilo - 17, ale co tam, jestem młoda, silna i dam radę. Jest pięknie, słońce pieści nasze twarze, lekka bryza smyra nas po policzkach, powietrze pachnie glonami i frytkami z octem. Przed zachodem udaje nam się lekko zdezelowanym malutkim promem dotrzeć na drugą stronę Loch Linhe i zrobić kilka kilometrów zanim zajdzie słońce. 




11 września


Rano. Wstaliśmy, ogarnęliśmy się, zrobiliśmy śniadanie. Pogoda jakaś taka niewyraźna, ale co tam, ahoj przygodo! Nie ma złej pogody, są tylko złe ubrania! 

Południe. Idziemy doliną, od rana nie widzieliśmy słońca, ludzi ani ludzkich siedzib, za to spotkaliśmy stado krów, które wyglądały jakby chciały nam spuścić tęgi łomot. Z innych informacji o zwierzętach: szkockie muszki midgies tną jak pojebane, oraz mam kleszcza w dziwnym miejscu, nie trzeba było wczoraj sikać w wysokiej trawie. 

13:00. Dalej idziemy doliną, 17 kilo plecaka wbija mnie w gruntową drogę. Ku nam coś się zbliża. Tym czymś jest ściana deszczu. Przez "ściana" rozumiem dosłownie mur wody. Dolina jest długa, bardzo dokładnie widzimy jak ściana deszczu się przesuwa. Chłopaki nie tracą humoru, ja uśmiecham się trochę mniej szeroko. 

14:15. Idziemy w tym cholernym deszczu, najpierw przemokły mi wodoodporne buty, potem stopy w foliowych torebkach, potem spodnie, potem wszystko, jestem mokra do samych majtek, woda leje mi się z kaputra, mam wodę na twarzy, mam wodę w ustach jak otwieram je żeby miotać przekleństwa, to jest jakiś kurwa szkocki waterboarding. Mokre jest też absolutnie wszystko co mamy w plecakach. Ile waży 17 kilowy plecak nasiąknięty wodą? Kto mnie namówił do tej wycieczki? Kto zapewniał że spoko, da się zrobić tak, żeby plecak ważył tyle ile mogę unieść? 

16:35. Doszliśmy do końca doliny, teraz trzeba się wspiąć na przełęcz. Wspinamy się, ślizgając się w błocie. Powiedzieć, że jestem zła to nic nie powiedzieć, jestem wkurwiona do granic. Maciek mówi, że to woda płynąca z wierzchołka góry, na przełęczy wyżej będzie jej mniej. 

Wchodzimy na górę. 

Na górze jest więcej wody. 

Nie ma omijania kałuż, bo nie ma na czym stawać, żeby je omijać, cała łąka jest gigantycznym potokiem. Można czasem skakać po kamieniach, ale to nie ma sensu, bo i tak za chwilę wyląduje się po kolana w wodzie. Po drugiej stronie przełęczy, w dolinie, w deszczu majaczy gospodarstwo. Idę w deszczu i ryczę z wściekłości, bo jestem wkurzona, że się w ogóle na to zdecydowałam, jestem tak zła, że zasuwam jak mały traktor, wściekłość jest moim paliwem. Chłopaki są w dobrych humorach co wkurwia mnie jeszcze bardziej. 

18:25. Zeszliśmy w dół. Fajnie. Idziemy do farmy. Między nami a farmą jest strumyk. To znaczy kiedyś to był strumyk bo teraz to rwący whitewater przez który przerzucony jest mokry i wyślizgany pień. Paweł przerzuca plecaki, każde z nas pełznie po tym pniu przytulone do niego jak małpa (drzazga robi mi dziurę w spodniach na tyłku). W życiu tak się nie migdaliłam z pniem. W końcu się udaje. Docieramy do farmy, pukam do drzwi, otwiera gospodyni. Pytam czy wie kiedy odjeżdża pociąg do Fort William, bo widzi pani, jestem tu z takimi dwoma i to nasz ostatni dzień razem, bo ja dziękuję bardzo, wypisuję się z tego wyjazdu. Pani Szkotka mówi, że oh dear, ostatni pociąg odjeżdża za pół godziny i raczej na niego nie dotrę... Chyba że ona z mężem mnie podwiozą. Paweł zdążył tylko spytać gdzie się widzimy. Z pickupa krzyknęłam tylko, że w Warszawie i naprawdę to miałam na myśli.

20:30. W pickupie gospodyni został po mnie wielki mokry kleks. Nie chcieli w podziękowaniu czekolady TikiTaki. Jeśli to czytacie, drodzy gospodarze znad Callop River, to wiedzcie, że w tej chwili ciepło o Was myślę. W Fort William udało mi się znaleźć ostatnie miejsce w hostelu urządzonym w starej wiktoriańskiej willi. Siedzę więc w szkockim wiktoriańskim salonie, moje rzeczy suszą się w suszarni, piję gorącą czekoladę, grzeję nogi przy kominku i myślę sobie, że mogę te nogi nawet włożyć do ognia, chyba nigdy już nie będzie mi ciepło. 

Dzwoni telefon. To Maciek pyta, czy do Fort William kursują jeszcze pociągi i czy znalazłoby się miejsce w hostelu, bo tak się składa, że rozbili mokry namiot i siedzą w mokrych śpiworach próbując ogrzać się butlą gazową...




środa, 6 września 2017

#18 Go to Scotland (It's cheating!)

Picture: Tatiana Gerus CC BY-NC-SA 2.0

Okay, it's cheating, because I wanted to go to Scotland first, then I actually planned the whole trip and then in the end I wrote about it here. But hey, I really wanted to do it, I just thought it's just not big enough to list it here. 

I was always into everything that's Iro Scottish. I have no idea where it came from, I think Terry Deary and his Cut-Throat Celts plus a brief and somewhat weird early-teenage crush on Braveheart may be to blame. I am fearless when it comes to public speaking and  general public appearances and I owe it to Iro Scottish folklore.

When I was a clumsy teenager, I asked my mom to pay for my Irish dance classes. It was crazy, I was training twice a week, stretching, jumping, I don't remember any other thing into which I put so much physical effort. Okay, now that I think about it, last year I raced against my sister to get the last chocolate Easter egg from the basket, and the only thing I got was a bruise (she got the egg), but let's make the Irish dance the second most physically exhausting thing I've ever done. I even participated in a Fèis, Irish dance competition. I practiced like a psycho, only to go to the stage and forget the choreography after first 5 steps. I had to stop and wait on the stage until the end of the song (as two other girls were dancing alongside) and try not to cry in front of a thousand people. 

After such a traumatic event, I realized that nothing worse will ever happen to me on stage, so I can as well go there and do whatever. 

I've been always wanting to go there and say thanks, but there was never a good occassion for that. It's a shame, especially if you take into account how cheap the flights are. But now, I'm going and it's going to be horrible. 

My boyfriend and his friend had a great idea of a ten days hike that starts on a Cape Wrath Trail, and I bet that this name is not a coincidence. It includes staying in a tent with no access to running water, hot wated, mobile network, electricity or anything remotly resembling civilisation. TEN DAYS. I checked the Walking Higlands website and they describe their trails with distance, ascend, time and bog factor. I kid you not, bog factor is a real thing. On the top of it, this is how Google Weather stabs my back:


poniedziałek, 2 stycznia 2017

This is a post about boobs

...you filthy perv. But even more, it's a post about women attached to every pair. 

I happen to be in Azerbaijan. I ended up here, because I'm not very assertive when people ask me if I want to spend New Years Eve in Baku. (I might have the tickets bought before my friend finished the question). Azerbaijan is a bit like Turkey, they share many traditions, one of which is hamam, Turkish bath.

I was lucky. It's not that easy to find a hamam for women in Baku, but today is Monday, and Mondays and Fridays are the days when one of the oldest hamams in İçərişəhər - the old town - is open for women, whereas the rest of the weeks is for men only. The hamam consisted of two parts. When I opened the door, right from the street, I saw a large entrance hall. I opened the door and I closed it immediately, because the first thing I saw was lots of semi-naked ladies, all ages and shapes, sitting at the tables, drinking tea, changing, drying hair, smoking cigarettes. I expected at least some hallway, reception desk, whatever, but it turned out that the hamam begins just behind its doorsteps. I paid, I got my and a glass of tea and a pink sheet, I stripped naked and I followed a young, doe-eyed manager to the main bath hall.

The place was ancient, over 300 years old, made of a limestone, darkened with humidity and age. Behind another door there was a higly vaulted hall, full of steam and more naked ladies. In the middle there was a small fountain, surrounded by three stone massage beds. It was beautiful, but not glamourous at all, not really a Carrie Bradshaw kind of place (more like a Bəsti from Bacanaqlar kind of place) It also had two saunas - dry and wet one and showers. The idea is simple - first you take a shower, then you have a body scrub and a massage and then you can do whatever you want.

My masseuse was a hearty woman, more or less my mom's age. She was sweaty, big, naked (well, wrapped with nothing but a thin wet sheet), with hands like loafs of bread. Forget neat, immaculately white uniforms of discrete spa staff. Forget spas. Forget your argan oils, your hot stones and plinky-plonky music seeping trough. This is a real spa. The masseuse unceremoniausly laid me on one of the beds, and scrubbed every inch of my body, and by every inch I also mean parts that made we think "ouch, really, THERE?".

I was laying on that bed, I was being touched in CERTAIN places. At times, when my masseuse had to bend over me, I had her boobs (wrapped only with a wet sheet) right in my face and, as I already mentioned, the place was full of naked people. Where I come from, one can see naked people only when one is taking a quick shower at the swimming pool, being slightly embarassed, trying not to check other people out. Here everybody was checking people out because no one was really hiding their body. Not a big deal. None of 40+ women there was 100% hot. I saw fat teenagers, thin ladies in their forties, big women, petite girls, I saw brazilian waxing and full 70' bush. I saw moles and c-sections scars. I saw post-pregnancy bellies and muffin tops and hairy legs. I saw big boobs, small boobs, saggy boobs, perky boobs. Boobs like pears and boobs like apples and boobs like a dachshund's ears. And none of the ladies I met there gave a flying fuck about what other people will think about their muffin tops and cellulite. They weren't wrapping themselves tightly in their sheets, they weren't hiding in the corner. They were enjoying each other's company, and taking loving care of what they had, no matter if it was fat or skinny or wrinkled or smooth. 

If I were in charge of schools in my country, or any other country that doesn't have a tradition of a hamam, onsen, sauna or any other kind of a public bath, I would introduce it as an obligatory school subject for girls. An hour of public bath every week. Looking at real, non-sexualized women's bodies, which come in every shape and size, and which eventually get old and wrinked, will do for anxious teenagers more good than any of these affirmative body image projects. You know, the ones aiming to build self-confidence amongst young women in the world where 90% of (semi)naked bodies we see, are photoshopped. It makes no sense to tell girls that beauty comes in all shapes and sizes, when most of what they see on billboards is size zero.




Of course there would be no picture from inside, but that's what you see when you leave the place - a majestic sunset over Baku's famous Flame Towers. A cherry on the (muffin) top of the day.

wtorek, 26 kwietnia 2016

#4: Done!



Dang! Done! Cherry blossom in Bonn.

Dear God, what did I have to go trough, in order to see these trees. First, I had to get to Berlin on an overnight coach route. The combination of factors, such as unnumbered seats, including only four VIP ones on the front of the bus, with extra leg space, and the prospect of 9 hours on the bus, made me fast, agile like a lynx and ruthless towards old ladies.

On the German bus, for a change, everything was in Ordnung, seats had numbers and I got the VIP one, next to the driver. It turned out, however, that together with the extra leg space, one gets also 7 hours of free forced conversations in German, the language of love, with the captain of that vessel, who in the same time, was very outspoken about the skills of other drivers. 

When I knocked the door of Kirsten's, my CouchSurfing host, apartment, I was able to tell every German driver what I think about their driving in their mothertongue. Kirsten soothed my linguistic-automotive trauma with a pile of asparagus with sauce hollandaise, which I don't think was a coincidence. Kirsten pays her bills with rummaging into people's brains, I'm pretty sure she must have read some neuroscientific article about the positive influence of asparagus on treatment of traumas. 



I fully recovered after I saw Bonn's Old Tow, so pink, so cute, so kawaii, full of the candy floss of cherry blossom, that I was a bit dissapointed that no one started singing and dancing to the choreography that everybody knows. Maybe it's because we were there with half of Singapore and Singapore doesn't seem like a very dancey place. 





Still. It was totally worth it. So pink, that the six-years-old in me was getting crazily happy. 







sobota, 23 kwietnia 2016

Polak robi dobro



Ojej.

Właśnie wróciłam z 5CrowdUpu, imprezy zorganizowanej z okazji piątych urodzin polakpotrafi.pl i nie mogę, no. Pęknę, jak się nie podzielę. Do zeszłego tygodnia miałam mgliste pojęcie o tym, na czym polega crowdfunding, a teraz jaram się. Jaram się jak pochodnia tym, jakie ludzie mają super ekstra pomysły i jak one na serio się dzieją, tu, w tym kraju, gdzie niedasię, paździerz i ujemny kapitał społeczny. 

Jadłam nieziemski katering, serwowany przez niepełnosprawnych profesjonalistów z Dobrej Spółdzielni Socjalnej i nie piszę, że było pyszne, bo trzeba chwalić niepełnosprawnych, tylko dlatego, że wrapy z sosem bazyliowym wryły się w pamięć moich kubków smakowych. Gadałam z chłopakami, którzy w swoim garażu robią rzemieślnicze stuprocentowo polskie motorowery Kosynier (co za nazwa!) a w wolnych chwilach zdobywają za swoje cacka zagraniczne nagrody. Biłam brawo jak dziewczyny z projektu Budujemy Szkołę w Nepalu odbierały nagrodę w kategorii "dobra zmiana" (akhem). Przybijałam piątkę z Aleksandrem Dobą, który w wieku 69 lat nie jest w stanie odebrać nagrody bez skakania po scenie.

Siedzę na kanapie i ciągle przeżywam. Byłam na 5CrowdUpie, bo miałam zaszczyt reprezentować tam projekt Tatende, prowadzony przez Tomka Michniewicza, z którym współpracuję przy różnych rzeczach od ponad siedmiu lat. Sześć lat temu, podczas zbierania materiału do tekstu o kłusownikach, Tomek trafił do rezerwatu Imire w Zimabwe. Rezerwat Imire, prowadzony przez rodzinę Traversów to tak naprawdę duża farma, utrzymująca się z uprawy kukurydzy, wiecznie pod kreską, bo wszystkie przychody przeznaczane są na ochronę zwierząt, szczególnie czarnego afrykańskiego nosorożca. Brzmi sielsko, co? Afryka, farma, nosorożce. Błąd. To jest codzienna, żmudna i śmiertelnie niebezpieczna walka niedoposażonej garstki ludzi przeciwko regularnym oddziałom kłusowników. Róg nosorożca, po który przychodzą, osiąga na czarnym chińskim rynku cenę 70 000 zł za kilogram, więcej niż koks. Kłusownicy mają AK47, Imire - strażników w dziurawych kaloszach. Projekt Tatende stawia sobie za cel, by ta walka była przynajmniej trochę bardziej wyrównana, a CrowdUp docenił to, nominując go do nagrody w kategorii "dobra zmiana".

Nie mogę, no. Siedzę na kanapie i staram się emocjonalnie ogarnąć tę ilość dobra, którą generują ludzie z pasją i finansowym wsparciem całej reszty z nas, która nie jest w stanie wykrzesać z siebie aż takiej energii do działania. I myślę sobie, że to wszystko jest bardzo, bardzo dobre. I że jak mi kiedyś będzie źle i zdarzy mi się zwątpić dokąd zmierza ludzkość, to poczytam sobie polakpotrafi.pl.